niedziela, 21 lutego 2016

Dzień Pełen Łaski

Kiedy Fundacja Malak ogłosiła, że 6 lutego w Warszawie odbędzie się Dzień Pełen Łaski od razu wiedziałam, że muszę tam być. Słyszałam co nieco o Weekendach Pełnych Łaski, ale nigdy nie brałam w nich udziału, dlatego kiedy okazało się, że jest okazja do spędzenia takiego dnia w stolicy, wiedziałam, że nie może mnie tam zabraknąć. Zadowolona czekałam już tylko na zapisy. 
Moja podróż tego dnia zaczęła się wcześnie, bo do przejechania miałam ponad 100 km. Jadąc byłam całkowicie spokojna, co wydawało mi się raczej dziwne. Muszę wam się przyznać, że z natury jestem strasznym nerwusem i każda wyprawa, każde nowe doświadczenie wywołuje we mnie duży stres. Tym razem było inaczej mimo, iż większość czasu w pociągu spędziłam na myśleniu jak przebiegnie tamten dzień.  Kiedy dotarłam na miejsce, okazało się, że jest jeszcze bardzo wcześnie, dlatego zakupiłam herbatę i zjadłam śniadanie. O godzinie 10 zaczęła się rejestracja uczestników i każdy dostał swoją opaskę na rękę. Potem zasiedliśmy na swoich miejscach, a po parunastu minutach zaczęła się konferencja o. Adama Szustaka, która minęła mi bardzo szybko, nawet za szybko, ale jego akurat mogła bym słuchać godzinami. 
Nadszedł czas na modlitwę uwielbienia, czyli coś z czym nigdy nie miałam wcześniej do czynienia. Jestem raczej z tych ludzi, którzy wolą modlić się w ciszy i spokoju, a tańczenie i śpiewanie chyba jednak nie było dla mnie. Mimo wszystko powiedziałam, że spróbuję otworzyć się na tę formę modlitwy. Kiedy "Owca" zaczęła grać, ludzie rozkołysali na różne strony, a ja zaczęłam się stresować. Obawiałam się, że nie będę potrafiła się przełamać i że ciągle będę czuła się nieswojo. Z racji tego, że zespół grał świetnie, a ja kocham muzykę, nie dało się stać sztywno przez cały czas. Ojciec Adam co chwilę przypominał, żebyśmy się nie wstydzili i zrobili prawdziwy karnawał. Z biegiem czasu wszyscy coraz bardziej zaczęli się rozkręcać, wyciągali ręce ku górze, klaskali. Ja też poczułam wielką chęć oddania się całkowicie tej modlitwie. Coś we mnie pękło, nie mogłam śpiewać, bo miałam zaciśnięte gardło, a łzy cisnęły mi się do oczu. Tyle emocji, radości i miłości, że w końcu i ja kołysałam się z podniesionymi rękami wielbiąc Boga śpiewem. Pokonywanie swoich barier zawsze wiąże się z niesamowitym szczęściem. Tak było i w moim przypadku. Czułam, że jestem w najfajniejszym miejscu na świecie, co prawda z ludźmi których kompletnie nie znam, ale to właśnie dzięki nim mam takie pozytywne wrażenia z tego dnia. 
Po Eucharystii i kolejnym uwielbieniu, Dzień Pełen Łaski dobiegł końca. Czułam, że nie chcę stamtąd iść, że chcę jeszcze śpiewać, wielbić, tańczyć. Do domu z pewnością wróciłam z głową pełną wrażeń. Jednak kiedy usiadłam na kanapie, żeby ochłonąć po cały dniu, poczułam, że tęsknię. Tęsknię za ludźmi, za tym dniem, ale przede wszystkim za Nim. W tym wypadku mogłam zrobić tylko jedno - pomodlić się i podziękować za Dzień Pełen Łaski. Tak naprawdę nie da się tego wszystkiego opisać słowami, trzeba tam być i to przeżyć. Muszę przyznać, że modlitwa uwielbienia stała się jedną z moich ulubionych form modlitwy i mam nadzieję, że będzie jak najwięcej takich Dni/Weekendów/Wieczorów Pełnych Łaski.  Ja już czekam na następny :)
Wczoraj obejrzałam transmisję z Łagiewnik w której również po Mszy Św. odbyło się uwielbienie. Ciałem nie mogłam tam być, ale z pewnością byłam sercem. "Owca" spisała się na medal, a po zakończonej transmisji znowu ogarnęło mnie to samo uczucie tęsknoty...

2 komentarze:

  1. Jakbym czytala o sobie! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To niesamowite co Bóg potrafi z nami zrobić. Z Nim nie ma rzeczy niemożliwych, a każde spotkanie z Nim daje tak ogromną radość... :)

    OdpowiedzUsuń