Pod koniec Wielkiego Postu stanowczo oznajmiłam, że tegoroczne święta Wielkanocne przeżyję spokojnie, bezstresowo i w skupieniu, by móc dostrzec, co tak naprawdę jest najistotniejszego w tych tak ważnych dniach . Teraz pytanie, czy mi się to udało? A gdzie tam!
W moim przypadku święta zazwyczaj nie kojarzą mi się ani trochę ze spokojem. Wszyscy zabiegani, bo przecież jeszcze nic nie jest przygotowane. Zakupy, porządki, gotowanie i tak w kółko. Dlatego w tym roku bardzo chciałam przeżyć je jakoś inaczej, tak pełniej, po prostu.
W moim przypadku święta zazwyczaj nie kojarzą mi się ani trochę ze spokojem. Wszyscy zabiegani, bo przecież jeszcze nic nie jest przygotowane. Zakupy, porządki, gotowanie i tak w kółko. Dlatego w tym roku bardzo chciałam przeżyć je jakoś inaczej, tak pełniej, po prostu.
Ku mojej uciesze Wielki Czwartek i Wielki Piątek były dobrymi dniami, właśnie takimi o jakich pisałam wyżej. Dużo rozważałam, modliłam się i do tego udało mi się jeszcze pójść do kościoła - idealnie. Postanowiłam, że wszystkie obowiązki rozłożę sobie tak, by każdego dnia mieć czas na wszystko. Schody pojawiły się w Wielką Sobotę. Od rana zamęt w domu, cały dzień spędzony w kuchni, sprzątanie. Zły bardzo dobrze wiedział, że jak teraz uderzy, to się wszystko posypie i miał rację. Zmęczenie rodzi frustrację, a ta z kolei złość. W końcu nie tak miałam przeżyć te święta, a już na pewno nie spędzając ich cały dzień w kuchni. Gdzieś z tyłu głowy pojawił się jednak głos, że jutro wszystko sobie odbiję i jakoś tak zrobiło mi się lepiej. W końcu i tak nie potrafiłabym zostawić rodziny bez żadnej pomocy, a to podszepty złego tak mąciły mi w głowie.
Niedziela Wielkanocna zaczęła się dla mnie o godzinie 5:00 (czyli tak na prawdę o 4:00 starego czasu), gdyż postanowiłam, że pójdę do kościoła na 6:00, na Mszę Św. z procesją rezurekcyjną. Wszystko było by w prządku, gdyby nie fakt, że spałam tylko 4 godziny i przez cały dzień nie miałam siły już na nic. Musiałam się jednak zebrać w sobie, bo bardzo chciałam spędzić ten czas z rodziną. Niestety na koniec dnia miałam dziwne uczucie, że kolejny raz ten Wielkanocny czas przeleciał mi przez palce. Nic się we mnie nie zmieniło. I chyba nadal siedzę grobie. Ale wiecie co? Jeszcze nic straconego. Nie musimy czekać przecież na kolejne Święta, żeby dokonało się w nas zmartwychwstanie. Możemy próbować już teraz. Właśnie kiedy nie ma już tej gonitwy przedświątecznej łatwiej nam będzie znaleźć czas na spędzenie czasu z Nim. Teraz już wszystko zależy od nas.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz